Ustalenia są bardzo dobre. Dają ramy, które powodują, że dziecko nie musi podejmować decyzji. A to jest bardzo dobre dla dziecka żeby nie podejmowało decyzji – rozmowa z Natalią Minge psychologiem, autorką książki „Kiedy rodzice się rozstają. Jak wspierać dziecko w czasie separacji lub rozwodu” o tym jak rozmawiać i przygotować dziecko na rozwód.
Aleksandra Głogowska, adwokat: Wydaje się, że pierwsza rzecz jaką rodzic powinien zrobić w sytuacji rozwodu, to zająć się dzieckiem. Pani mówi inaczej, nawet tak zatytułowane są rozdziały w Pani książce: „Najpierw rodzic”, „Potem dziecko”. Dlaczego rodzic ma się najpierw zająć sobą?
Natalia Minge, psycholog: Dlatego, że w sytuacji rozstania, dziecko traci poczucie bezpieczeństwa. Rozwodząc się, bardzo często wyrywamy kocyk, na którym dziecko stoi i liczymy na to, że nie „rąbnie” głową o podłogę. Więc jeśli nie będziemy wytrenowani, silni, jeśli nie będziemy mieć dobrego refleksu, to dziecka „nie złapiemy”. Ono się rozpadnie – prędzej czy później, bo dzieciom w sytuacji rozwodu, rozstania jest bardzo trudno. Jeżeli rodzic jest skoncentrowany na sobie, na bólu który przeżywa, na rozpamiętywaniu krzywd albo z drugiej strony, gdy zachłystuje się nagle wolnością, którą zyskał, to patrzy na siebie, a nie na dziecko i nie zauważy pierwszych sygnałów, że coś złego się dzieje. A jeżeli te sygnały nie zostaną zauważone, to dziecko uzna, że nie warto wołać o pomoc, więc zamknie się w sobie. Albo zacznie sobie radzić sobie po swojemu czy szukać wsparcia u rówieśników. Żadna z tych dróg nie jest dobra. A szansa, że trafi na rówieśników, którzy będą mogli mu pomóc, jest niewielka.
Co to konkretnie znaczy, że rodzic „ma się zająć sobą”?
Po pierwsze ma znaleźć sobie wsparcie. Osobę, do której może dzwonić w środku nocy. Trzeba mieć kogoś, z kim można się tym wszystkim podzielić. Takim wsparciem mogą być osoby, które tego samego już doświadczyły, to może być specjalista z którym będziemy na bieżąco przepracowywać te wszystkie emocje i rzeczy które się dzieją, to może być też ktoś z rodziny czy przyjaciele. Jeżeli rozstanie jest nagłe i wiąże się z depresją, to dojrzały rodzic powinien – choć nie jestem fanką leków przeciwdepresyjnych – skorzystać z pomocy i farmakologii. W momencie gdy mamy dzieci i musimy wybierać między powolnym wychodzeniem przez 2 lata z depresji, a wsparciem naszego dziecka, to potrzebujemy leków, żeby to dziecko dostrzec. Osoba w depresji jest zapatrzona w siebie, swoje problemy i swoją ciemność. Natomiast nie można zostawić dziecka samego w takiej sytuacji. Szukanie wsparcia, znajdowanie dojrzałych sposobów radzenia sobie i zachowanie trzeźwego umysłu, żeby móc dostrzegać tego małego człowieka, to jest właśnie to zaopiekowanie się sobą. Ale to też znalezienie czasu dla siebie, żeby nie być taką „kwoką” która 100% czasu poświęca dziecku, ogranicza je we wszystkim i realizuje tak naprawdę swoje lęki, zajmując się dzieckiem.
Dlaczego wsparciem może być porozmawianie z kimś, kto ma za sobą podobne przeżycia?
Bo osoba która przeżyła podobną rzecz, nie będzie dawała tysiąca niepotrzebnych rad, wtedy kiedy potrzeba po prostu posłuchać. Rozstający się rodzic nie potrzebuje wielkich rad. Zwłaszcza, że często jego sytuacja jest „bez wyjścia”. Bo to nie jest tak, że jak zrobi „to i to”, to problem się rozwiąże i będzie dobrze. Nie będzie dobrze od razu, bo sytuacja rozwodu to sytuacja na miesiące, a nierzadko bywa, że i na lata wychodzenia. Dlatego to co jest najbardziej potrzebne w sytuacji rozstania i rozwodu, to usłyszeć swój głos. Usłyszeć jak się artykułuje problemy, nazwać te problemy mówiąc. Wystarczy zatem, że obok nas będzie ktoś, kto będzie słuchał i nie będzie to dziecko! Tak naprawdę może to być nawet obca osoba, do której przysiądziemy się na ławce. I jeśli będzie milczeć i słuchać, to to też nam może pomóc. Absolutnie jednak nie może to być dziecko, bo ono weźmie na siebie nasze problemy. Ono wszystko „weźmie”, wysłucha, będzie „mielić”, a potem od 30-tki do 40-tki będzie chodzić do psychologa i sobie z tym radzić na terapii.
Co zrobić żeby mu tego zaoszczędzić? Powiedzmy że rodzice są jeszcze w stanie rozmawiać ze sobą. Czy powinni powiedzieć dziecku o rozwodzie? A jeśli tak, to co powinni powiedzieć?
Prawdę.
Czyli, że np.: „mamusia zdradziła tatusia”?
Absolutnie, nie! Choć trzeba mieć świadomość, że prędzej czy później to wypłynie. Im dziecko jest starsze, tym prawdopodobnie sobie wszystko szybciej w głowie poukłada. Na marginesie – zdrada nie jest taką prostą sprawą. Z jakiegoś powodu, ktoś się rzucił w cudze ramiona… Ale wracając do powiedzenia prawdy – trzeba znaleźć prawdę, która będzie akceptowalna dla obu stron. Zatem dobrze jeśli rozstający się rodzice rozmawiają ze sobą na tyle, że są w stanie ustalić coś, co byłoby dla nich prawdą, a co byłoby do „wzięcia” dla dziecka. Na przykład: „nie potrafimy już ze sobą mieszkać”, „jesteśmy ze sobą we dwójkę nieszczęśliwi”, co jest zwykle prawdą gdy się rozwodzą. „Nie umiemy się ze sobą dogadać”– to jest my nie umiemy. Bierzemy odpowiedzialność za rozstanie – to jest bardzo ważne. I taki przekaz jest dobry. Nie polecam mówienia dziecku, że: „my się już nie kochamy”.
Dlaczego?
Bo zwykle łatwiejsze dla dziecka jest do przyjęcia to „nieszczęście” rodziców. Jeżeli powiemy dziecku, że „już się nie kochamy”, to gdzieś z tyłu głowy dziecka może powstać obawa, że skoro rodzice wcześniej mówili, że się kochają, a teraz już się nie kochają, to mogą też przestać któregoś dnia, kochać dziecko. Dziecko zacznie się zatem zastanawiać, co ma zrobić żeby rodzice nie przestali go kochać. Lepiej zatem tę „miłość” zostawić gdzieś z boku, bo jest „śliska”. Rodzice powinni przed dzieckiem i do dziecka wziąć odpowiedzialność za rozstanie. Gdy nie potrafią ustalić sensowego powodu, mogą powiedzieć, że „postanowiliśmy się rozstać, bo uznaliśmy że tak będzie lepiej”.
Czy mówić, że rozstajemy się i że „dziecku będzie lepiej”?
Nie. Skąd w ogóle możemy to wiedzieć? Dziecko może mieć zupełnie inną wizję. I ma do tego prawo. Co więcej taki przekaz, to jest przerzucanie odpowiedzialności za rozstanie z siebie, na dziecko. To jest tłumaczenie tak naprawdę sobie, że „dziecku też będzie lepiej”. Chyba, że była otwarta przemoc i np. uciekaliśmy z domu przed znęcaniem się – to wtedy tak, możemy tak powiedzieć i jest to prawda. W innym wypadku, trzeba wziąć odpowiedzialność za rozstanie przed dzieckiem, jako wynik naszej decyzji.
Kiedy powinno się powiedzieć dziecku o rozstaniu? W którym momencie?
To zależy od wieku dziecka. Ale też od tego, kiedy się faktycznie rozstajemy. Jeśli ludzie postanawiają się rozstać, to najlepiej żeby się rozstali. Kontynuowanie sytuacji na zasadzie „już się rozstaliśmy, ale nadal mieszkamy razem z takich to a takich powodów”, to jest sytuacja patologiczna dla dziecka. Nie spotkałam jeszcze dziecka, które dobrze by się czuło w takiej sytuacji. Dziecko wie, że coś się dzieje, ale nie wie, co się tak naprawdę dzieje. Jeśli się zatem rozstajemy, nie zostawiajmy tego rozstania na „nie wiadomo kiedy”, bo będzie coraz dziwniej. Nie zawsze gorzej, bo czasem jak rodzice podejmują decyzję o rozstaniu, to przestają się kłócić i stają się lokatorami, którzy ze sobą nie rozmawiają, więc paradoksalnie bywa lepiej. Dziecko jednak się w takiej sytuacji nie odnajdzie. Będzie próbować tych rodziców „sklejać”, sadzać jednego obok drugiego, chwytać ich za ręce. W takiej sytuacji, w głowie dziecka robi się totalny bałagan.
A co jeśli rodzice zmuszeni są np. z powodów ekonomicznych mieszkać jeszcze ze sobą przez jakiś czas, pomimo rozstania?
W takiej sytuacji starszemu dziecku – nastolatkowi, mówimy od razu. Że się rozstajemy, że tak naprawdę to już nie jest małżeństwo tylko mieszkamy jeszcze ze sobą z „takich to a takich powodów”. Żeby nastolatek wiedział na czym stoi i umiał się w tym odnaleźć. Przedszkolakowi tego nie mówimy, bo on i tak tego nie zrozumie. Przedszkolakowi mówimy o rozstaniu, gdy mamy już mieszkanie, do którego jeden z rodziców się przeprowadza. W takiej sytuacji dobrze wskazać dziecku jak najbardziej konkretne informacje. Na przykład, że „mama będzie mieszkała tutaj, a tata tutaj, będziemy mieszkać osobno. W przyszłym miesiącu się wyprowadzamy” itd. Przedszkolak żyje bardzo mocno „tu i teraz”. Dla niego „za tydzień”, to jest jak w innej galaktyce. Jeśli takiemu dziecku powiemy coś, za czym nie pójdzie działanie czy zmiana, to ono to wyprze. Pomyśli, że „może rodzice się rozmyślili i nic nie było”, a potem będzie szok, że jednak coś się stało.
Do jakiego wieku dziecko funkcjonuje „tu i teraz”?
Co najmniej do 5 roku życia. Ale 6 czy 7-latkowi o rozstaniu, rozwodzie też mówiłabym dopiero wtedy, gdy kwestie będą już „dograne”.
Dlaczego?
Bo dziecko musi mieć poczucie bezpieczeństwa. I jeżeli ono nie wie „jak będzie”, to to jest najgorsza możliwa sytuacja. W sytuacji rozstania, rozwodu, musimy dziecku “umeblować” życie na nowo. Już samo to, że mu wyrzuciliśmy “meble”, w których żyło z dnia na dzień, jest bardzo ale to bardzo trudne. Jeśli dziecko ma po tym żyć normalnie, to musi mieć to życie poukładane na nowo – czyli mieć się do czego przyzwyczajać. A jeśli my wyrzucamy dotychczasowe “meble” na śmietnik i zostajemy w pustym mieszkaniu, to wtedy dziecko żyje w totalnym stresie.
Czyli mówimy dopiero wtedy, gdy sami będziemy wiedzieć jak to będzie wyglądało: kto się gdzie wyprowadzi, jak dziecko będzie się z rodzicami widywało?
To jest najbezpieczniejsze rozwiązanie. Nawet jeśli mamy tylko chwilowo ustalone spotkania z dzieckiem, to to już jest „coś”, to jest jakiś punkt wyjścia. Plan może się zmienić, ale jakiś plan musi być. Gdy rodzic mówi „nie wiem jak będzie”, to u dziecka lęk rośnie w sposób lawinowy, skoro jego mądry i przewidujący rodzic „nie wie”.
Jak daleko ten plan musi sięgać żeby zapewnić dziecku jakieś minimum bezpieczeństwa?
Najlepiej gdyby się to liczyło w miesiącach, żeby dziecko miało do czego się przyzwyczaić. Dziecko robi się spokojne, kiedy rzeczy robią się powtarzalne. A nie, gdy ustalamy w niedzielę, jak się dziecko widuje z każdym z rodziców w kolejnym tygodniu, zwłaszcza gdy ono ledwo ogarnia dni tygodnia… Dziecko musi wiedzieć, co się dzieje, dzięki temu łatwiej funkcjonuje i wie że np. „po szkole jadę do mamy, to się spakuję, mam wszystko przygotowane. Tutaj mi wisi kalendarz jest zakreskowane, kiedy jestem u mamy, kiedy jestem u taty, może życie jest w miarę uporządkowane”.
A co jeśli rodzic tego nie wie? Albo jest tak silny konflikt między rodzicami, że nie są w stanie ustalić ze sobą praktycznie niczego. Co ma w takiej sytuacji powiedzieć rodzic? Jak poinformować dziecko o rozstaniu w sytuacji ekstremalnego konfliktu?
Jeżeli wiem, że odchodzę i że będą zmiany, to mówię dziecku że „będą zmiany i będą one wyglądać tak i tak”. Mówię to, co wiem. Nawet jeśli druga strona się nie zgadza, to muszę mieć jakiś plan. Mówię dziecku o tym, jaki mam plan w tym momencie i jak ja to widzę. Na przykład: „jesteśmy bardzo nieszczęśliwi, prawie w niczym nie potrafimy się zgodzić, postanowiłam że się rozstaniemy z tatą. Ty z tatą oczywiście nadal będziesz się widywać, ustalimy jak to będzie, a my przeprowadzamy się do mieszkania, jutro ci pokażę gdzie będzie twój nowy pokój, stary pokój masz nadal u taty. Nowy pokój urządzimy tu. Czasem będziesz u taty, czasem u mamy”. To jest takie minimum jakie powinno usłyszeć dziecko.
A co zrobić gdy dziecko zaczyna zadawać dużo pytań, a my nie mamy na nie odpowiedzi?
Przede wszystkim nie kłamać. Na każdym kłamstwie dziecko nas złapie i momentalnie tracimy jego zaufanie. Jeżeli nie wiem co będzie i nie mogę odpowiedzieć na pytania dziecka to mam dwa wyjścia: albo odpowiadam „nie wiem”, albo obchodzę pytanie mówiąc np.: „widzę że bardzo chciałbyś już wiedzieć jak to będzie, szkoda że nie mamy jeszcze na 100 proc. zaplanowanego wszystkiego, prawda?”. „Ciężko ci się żyje kiedy do końca nie wiesz jak będzie wyglądało jutro czy pojutrze, wiesz to jest nawet dla dorosłego bardzo trudne”. „Jest ci źle, widzę że jest ci źle, chciałbym/ałabym ci pomóc ale nie umiem, przynajmniej cię przytulę i przejdziemy przez to razem”. Dzięki temu nie tracę zaufania dziecka. Wspieram go jednocześnie w trudnych emocjach.
Czemu jest tak ważne żeby powiedzieć o rozstaniu?
Bo to jest życie dziecka i ono ma prawo o tym wiedzieć. To my podjęliśmy decyzję, która ma wpływ na całe jego życie, łącznie z dorosłością. Co więcej dziecko wie, że coś się dzieje i jeśli nie wytłumaczymy mu co się dzieje, będzie budowało sobie teorie, które mogą być straszne. Po drugie, będzie coraz bardziej nerwowe i niespokojne. I ostatecznie będzie nas uważało za kłamców, którzy grają. Co więcej grając przed dzieckiem, nie możemy reagować na jego emocje, bo gdy zaczynamy grać, koncertujemy się na udawaniu, jesteśmy skupieni na własnej grze, a nie na tym żeby być w relacji z dzieckiem. Budujemy mur.
A co gdy dziecko będzie reagować agresją, mówić że nienawidzi rodziców itd. Co wtedy?
Wtedy polecam wziąć głęboki oddech albo kilka i porozmawiać o tym, jak bardzo dziecko jest niezadowolone, jak bardzo się nie zgadza, jak bardzo ono podjęłoby inną decyzję i przyzwolić w 100% na to, żeby tak reagowało. Czego nie robić? Nie tłumaczyć. Dziecko nie musi zrozumieć, ono musi nauczyć się z tym żyć. Na zrozumienie będzie miało całe życie.
Dlaczego nie musi „zrozumieć”?
Bo nie ma doświadczenia ani umiejętności społecznych możliwych do zintegrowania tego wszystkiego co mamy mu do powiedzenia. Dziecko jest skoncentrowane na sobie i ma być skoncentrowane na sobie. A my mamy być skoncentrowani na nim. Zrozumienie ma przyjść z czasem. Co więcej dziecko i tak nie zrozumie i będzie się czuło głupie, gdy mu to tłumaczymy albo uzna, że to my jesteśmy głupi a nasze argumenty nie mają sensu.
A co gdy dziecko próbuje „scalić” rodziców, żeby rodzice byli razem. Co wtedy?
Jeżeli dziecko się totalnie nie zgadza z naszym rozstaniem, to nie dajemy mu żadnych szans, żeby pomyślało, że możemy wrócić. Odbieramy mu nadzieję.
Dlaczego?
A dlaczego rodziny tak bardzo domagają się, żeby zobaczyć ciało zmarłego? Dlatego, że to „zamyka” – pozwala przeżyć żałobę i przejść do normalnego funkcjonowania bez tej osoby. I tu jest dokładnie ta sama sytuacja: rozdział musi zostać dla dziecka zamknięty, żeby ono mogło pójść dalej. A jeżeli my wysyłamy sprzeczne sygnały: tu się razem spotkamy, tu spędzimy razem święta, to dziecko zaczyna mieć nadzieję, że może rodzice wrócą do siebie. I cały czas żyje w takim oczekiwaniu i napięciu. W momencie gdy dziecko się z nie zgadza z rozstaniem i jest trudno, ja osobiście zalecam rodzicom żeby się nie pojawiali na „wspólnym obrazku” dziecka. Bo ono się szybciej pogodzi z sytuacją, jeśli mu pokażemy, że to jest ostateczne i że to koniec. Dobrze też wtedy przekazywać dziecko przez instytucje, czego jestem na marginesie, wielką zwolenniczką. Wtedy w ogóle unikamy obu sytuacji: ani nie pokazujemy dzieciom w jak dobrych jesteśmy relacjach, ani nie stwarzamy okazji do tego żeby się pokłócić, wbić sobie nawzajem szpilkę. Ponadto dziecku jest łatwiej, bo nie przechodzi z jednej opieki do drugiej – czyli nie musi porzucić tatusia, żeby iść do mamusi albo na odwrót.
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że przekazywanie przez instytucję jest przedmiotowe…
Nie. To jest powrót do normalności dla dziecka. Dziecko myśli „mama mnie zawsze zaprowadzała do przedszkola – teraz mnie nadal normalnie zaprowadza, a tata mnie odbiera nadal normalnie”. Łatwiej też się rozstać z rodzicem idąc do przedszkola, niż rozstać się z ukochaną mamą i „stracić” tę ukochaną mamę, idąc do ukochanego taty. Dziecko chce być i tu i tu. Dodatkowo trudne rozstania bardzo często są przez rodzica odbierane w ten sposób, że dziecko płacze „bo nie chce iść do drugiego rodzica”, co również prowadzi do dodatkowych napięć i nieporozumień. A to nie jest tak. Dziecko nie chce się zwykle rozstawać z jednym z rodziców, bo chce mieć oboje razem. Dzięki przekazywaniu przez przedszkole unikamy tego efektu.
Do jakiego wieku dziecka, takie „przekazywanie przez instytucje” jest dobre, sprzyjające dziecku?
Tak naprawdę do nastoletniego wieku.
Nastolatek radzi sobie łatwiej?
Trochę musi sobie radzić. Dużo zależy od dojrzałości dziecka. Ja bym tę dojrzałość brała pod uwagę w wieku nastoletnim. Nie zakładałabym że 8-latek jest już dojrzały. Ośmiolatek może pewne rzeczy udźwignąć, ale to nie znaczy że jest dojrzały i gotowy do podejmowania jakichkolwiek decyzji jak np. „czy chcesz iść do mamy?” Albo: „czy chcesz już iść do domu czy chcesz jeszcze ze mną zostać?”. Co więcej takie pytania to jest wielka krzywda dla dziecka. Co ma odpowiedzieć dziecko: „tak, chcę iść do mamy, nie chcę z tobą już być”?. To jest cios dla taty, z którego już czterolatek zdaje sobie sprawę. Albo czy ma odpowiedzieć – często niezgodnie z prawdą – że „nie, ja chcę bardzo jeszcze zostać”?. To co jest daleko, jest bardzo często bardziej pożądane a ponadto dziecko tęskni za mamą, której nie widziało dwa dni, więc jak ma tak odpowiedzieć? Pomijam że bardzo często jest to w ogóle ustalone przez Sąd. Przy czym w ogóle ustalenia są bardzo dobre. Dają ramy, które powodują, że dziecko nie musi podejmować decyzji. Nie musi się zastanawiać „co pomyśli mama” albo „co pomyśli tata” – to nie jest jego rola. Dla dziecka jest bardzo dobre, żeby nie podejmowało tych decyzji.
Dlaczego podejmowanie decyzji nie jest dobre dla dziecka?
Bo podejmowanie decyzji stawia dziecko w sytuacji konfliktu interesów. Ono nie jest w stanie wybrać między dwójką rodziców, których kocha. Ono z założenia chce mieć wszystko bo bycie dzieckiem, to jest „chcenie posiadania wszystkiego”. Podejmowanie decyzji sprawia też, że dziecko zawsze musi kłamać. Albo krzywdzić drugą osobę. A dziecko nie powinno się musieć przy nas, rodzicach zastanawiać czy może coś powiedzieć. Dodatkowo, jeżeli zadajemy dziecku takie pytanie, to zawsze jest za tym jakiś cel…Niekoniecznie biorący pod uwagę dziecko i jego dobro.
Czy rodzice powinni sami poinformować dziecko że się rozstają, czy lepiej to na przykład zrobić w obecności psychologa?
Z psychologiem można się wcześniej przygotować na taką rozmowę z dzieckiem, przewidzieć jak może się zachować dziecko, zastanowić się, jak ja zareaguję, jak dziecko tak się zachowa. Natomiast mówienie o rozstaniu dziecku w obecności psychologa, nie jest dobrym pomysłem. Kto z nas chciałby mieć widownię gdy przeżywa trudne emocje? U psychologa tj. gdy obcy człowiek gapi się na dziecko, dziecko nie zareaguje tak, jakby zareagowało normalnie w domu. Gabinet psychologa to nie jest miejsce, gdzie dziecko czuje się bezpiecznie, to nie jest „jego miejsce”. A dziecko ma prawo do swojej własnej reakcji. Gdy będzie osoba, która będzie na dziecko patrzeć, dziecko będzie tę reakcję modulować. A reakcje są różne: jedno dziecko chce wybiec do swojego pokoju, trzasnąć drzwiami i pobyć samo, a jeżeli go zaprowadzimy do gabinetu psychologa i nie ma gdzie pójść, to jak wyjdzie, to możemy go szukać potem przez 2 dni. Inne chce wrzeszczeć i płakać. U psychologa dziecko nie wyrzuci emocji – nie zacznie krzyczeć na rodziców, nie trzaśnie drzwiami – a to są reakcje pożądane. Według mnie próba mówienia przy psychologu, to jest też wkładanie głowy w piasek. A to jest sprawa między rodzicami a dziećmi. Nikt tego za rodzica nie załatwi. To co się wtedy zadzieje, może być świetnym punktem wyjścia do budowania jeszcze lepszej relacji… Najbardziej odpowiedzialni rodzice przychodzą do psychologa we dwójkę i mówią: „podjęliśmy decyzję że się rozstajemy i chcemy to dziecku powiedzieć. Jak mamy to zorganizować żeby to dziecko jak najmniej cierpiało?”. I to jest najbardziej optymalna sytuacja. Wtedy siadamy we trójkę i ustalamy jak to zrobić, żeby jak najmniej utrudnić dziecku życie, w tej i tak trudnej sytuacji.
A co gdy przychodzi tylko jeden rodzic? Często w związku z rozwodem, rodzice nie są w stanie przyjść razem. W ogóle bardzo ciężko jest im rozmawiać, nie mówiąc o porozumieniu. Jaki najczęściej problem sygnalizuje jeden rodzic, który przy okazji rozwodu pojawia się w gabinecie?
Najczęściej chodzi o spór gdzie dziecko ma przebywać. Jeżeli już jest ustalona opieka – często przez Sąd – to bardzo często rodzic przychodzi z problemem, że „dziecko bardzo często wraca od drugiego rodzica „dzikie”. Przez dwa dni nie może się uporządkować, jest obce, zachowuje się inaczej…” To jest bardzo często sygnalizowany problem.
Gdy rodzic mówi takie rzeczy, to co to znaczy? Że drugi rodzic krzywdzi?
Czasem jest oczywiste że drugi rodzic nie krzywdzi. Często dziecko musi dojść do siebie po zmianie – zostawieniu jednego rodzica na rzecz drugiego rodzica. To nie jest nigdy łatwe dla dziecka. Musi zostawić jedną osobę, którą kocha, na rzecz drugiej, którą kocha. I to w sytuacji, gdy chciałoby mieć je obie na raz. Dla dziecka pójście do taty, to często rozstanie z ukochaną mamą i „strata” tej ukochanej mamę, idąc do ukochanego taty. I na odwrót. A dziecko nie chce się zwykle rozstawać z jednym z rodziców, bo chce mieć oboje razem. Często zatem ta „dzikość” z tego wynika, a nie z tego że drugi rodzic krzywdzi. Trzeba też jednak pamiętać, że w Polsce mamy bardzo wąską definicję krzywdzenia, w zasadzie ograniczoną do ciężkiej przemocy fizycznej. A krzywdzeniem jest też opowiadanie dziecku przez rodzica „jaka matka (czy ojciec) jest zła i jaką krzywdę zrobiła tacie, jakie to jest paskudne że go samego zostawiła, co on teraz ma zrobić”. I ma to miejsce wcale nierzadko. Bardzo często po czymś takim, dziecko wraca totalnie rozsypane – bo jest wpychane w totalny konflikt między rodzicami. Z jednej strony ma bowiem rodzica, który się nim zajmuje przez 80% czasu, jest kochający, zmienia zasikane prześcieradła, jest wtedy kiedy dziecko jest chore: przytuli, naklei plaster, pomoże odrobić zadania domowe, a z drugiej strony jest drugi kochany rodzic, który zabierze na pizzę, do sali zabaw ale też jednocześnie „nadaje” na tego pierwszego rodzica jak najęty. W tym momencie dziecko znajduje się w sytuacji gdy kocha oboje ale czuje, że nie ma prawa kochać obojga. Że musi się opowiedzieć po czyjejś stronie, choć nie może się opowiedzieć po niczyjej stronie….
To co powinien zrobić rodzic jeśli dziecko wraca do domu od drugiego rodzica i jest „rozsypane”, wpada w histerię albo agresję?
Łagodzić. Nie wypytywać, nie prowadzić dochodzenia. To jest najgorsze co rodzic może zrobić..
Dlaczego?
A kto lubi być przesłuchiwany? Naszym zadaniem jako rodzica w tym momencie jest zaopiekować się dzieckiem, a nie zaspokajać ciekawość. Naszym zadaniem jest stworzyć takie warunki, żeby dziecko miało możliwość powiedzenia nam co go boli. Im bardziej będziemy otwarci i odporni, im mniej naszych własnych złych emocji wniesiemy, tym bardziej dziecko będzie czuło że może nam powiedzieć co się dzieje. Jeżeli zaopiekujemy się dzieckiem i jego emocjami: damy mu z jednej strony przestrzeń na wyrzucenie emocji, a z drugiej będziemy pracować żeby wyrzucało te emocje nie krzywdząc nikogo, pomożemy mu zrozumieć co się z nim dzieje, to w ten sposób rozkładamy to, co jest ważne dla dziecka na czynniki pierwsze i pomagamy się z tym uporać, przy pełnej akceptacji tych trudnych emocji które ono przeżywa… Nie mówimy „co ten gnój znów ci o mnie naopowiadał” ani nie zajmujemy się sobą w takiej sytuacji, tylko dzieckiem. Rozumiem i wiem, że to trudne gdy dziecko krzyczy albo trzaska drzwiami, ale jak dziecko pójdzie spać to mogę zadzwonić do mamy, przyjaciółki, mogę pogadać z psychologiem o tym jak jest cholernie trudno w tej sytuacji. I dobrze jest to zrobić. Ale najpierw trzeba być przy dziecku i „w jego emocjach”. Pomagać to wszystko łatać. I wtedy dziecko może wrócić do siebie. Bardzo ważne jest przy tym żeby dziecko było w tym momencie pewne, że my jesteśmy silni. Bo słabemu rodzicowi dziecko nie powie, że dzieje mu się krzywda.
Dlaczego?
Bo dziecko uważa, że mama czy tata ma już tyle swoich problemów, że nie można jeszcze obarczać rodzica swoimi, nawet jeśli są to na przykład myśli samobójcze czy samookaleczenia….
Czy jest jakaś granica/sygnał że dziecko nie odreagowuje „zmiany”, ale dzieje się naprawdę coś złego?
Jeżeli widzimy trwałe zmiany w zachowaniu dziecka, to powinniśmy je zaprowadzić do specjalisty. Trwałe zmiany to na przykład utrzymujące się dłużej niż miesiąc objawy depresji: obniżenie nastroju, niechęć do wszystkiego, negacja wszystkiego albo gdy dziecku nie sprawia przyjemności coś, co mu kiedyś przyjemność sprawiało. W takiej sytuacji łatwiej może być dotrzeć do dziecka u specjalisty.
A co jeśli dla kogoś barierą sięgnięcia po pomoc specjalisty są kwestie finansowe. Czy jednorazowa wizyta u psychologa może pomóc?
Może pomóc, może ukierunkować ale nie załatwi sprawy. Jedna wizyta wystarczy jeżeli chodzi o zaplanowanie rozstania i przeprowadzenie tego w sposób racjonalny. Jeżeli jednak mam problem ze sobą, z emocjami, to to nie wystarczy. Natomiast jeśli chodzi o kwestie finansowe to w zależności od miejsca zamieszkania, naprawdę różne instytucje są dostępne i to nie jest tak, że nie da się uzyskać pomocy bezpłatnie. Oczekiwanie na psychologa na NFZ jest długie, ale jest możliwe. Są też ośrodki interwencji kryzysowej, które pomagają i można tam uzyskać pomoc „tu i teraz”. Można próbować też w innych miejscach np. w fundacjach, gdzie często można uzyskać pomoc dla dziecka, choć często trudno się tam dostać, trzeba czekać.
A co gdy ktoś nie chce iść do psychologa z powodów np. światopoglądowych? Jeśli nie psycholog, to kto?
Jeśli ktoś jest wierzący to może iść np. do Dominikanów. To też może być jakieś wsparcie… Co więcej tak jak mówiłam – może to być ktoś bliski, kto nas wysłucha i wesprze. Byle tylko nie było to dziecko.
Natalia Minge jest psychologiem, od kilkunastu lat współpracuje z rodzicami, nauczycielami oraz placówkami edukacyjnymi. Zajmuje się wspieraniem rozwoju dzieci i młodzieży w obszarach emocjonalnym oraz edukacyjnym. Trenerem Komunikacji Opartej na Empatii. Jest autorką kilkunastu książek, dziesiątek artykułów, filmów na kanale You Tube oraz materiałów edukacyjnych skierowanych do rodziców oraz nauczycieli. Prywatnie matka czwórki dzieci w wieku szkolnym, w tym trojga nastolatków.



